„Michale, dziękuję za pomoc” – świadectwo rodzeństwa bł. Michała Tomaszka
„Dałeś mi dwóch, to nie zabieraj mi jednego. Nie rozdzieraj mojego serca na pół” – błaga Mieczysława Tomaszek przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy w katedrze w Żywcu, gdzie wisi obraz Matki Bożej Częstochowskiej. 23 września 1960 roku jednocześnie po raz trzeci i czwarty została mamą, bo urodziła bliźnięta: Marka i Michała. Dziś, w 65. rocznicę urodzin bł. Michała, dzielimy się świadectwem jego najbliższych – sióstr: Urszuli i Marii oraz brata Marka.
«Chłopcy, tuż po przyjściu na świat ciężko zachorowali. Marek, starszy z bliźniaków, był w lepszej kondycji. Michałowi, który otrzymał imię patrona kościoła parafialnego, jak również było to imię po ojcu, lekarz w szpitalu nie dawał szans na przeżycie. Kazał mamie zostać, by była przy nim, jak będzie umierał – wspominały po latach w jednym z wywiadów siostry chłopców Maria Kozieł i Urszula Raczek. – Mama nie posłuchała. Poszła do katedry w Żywcu i odprawiła za maleństwa Drogę Krzyżową». W tym samym czasie w ich rodzinnym domu w Łękawicy na Żywiecczyźnie o zdrowie dla Marka i Michała gorąco modliły się one same. „Kiedy mama wróciła do szpitala, Michał zaczął lepiej oddychać i nastąpiła poprawa” – dodała Urszula Raczek. Dzieciństwo chłopców, ale też i ich dwóch sióstr, nie było sielanką. Od czasu do czasu do domu zaglądała bieda, poza tym cała czwórka szybko straciła ojca.
„To był rok 1969 – wspomina Maria Kozieł. – Urszula kończyła właśnie ósmą klasę, ja szóstą, a Michał i Marek drugą. Ojciec odebrał sobie życie. To się stało rano, kiedy wszyscy byliśmy w kościele”. Renta, jaką dostawali po ojcu, była bardzo skromna. Bywały takie tygodnie, że nie było ich stać nawet na chleb. Często, kiedy rówieśnicy rodzeństwa Tomaszków bawili się czy grali w piłkę, oni pracowali u sąsiadów, by zarobić jakieś dodatkowe grosze i mieć czym zapłacić na przykład za zeszyty do szkoły.
Bliźniaków o nazwisku Tomaszek nie jest trudno rozróżnić. Starszy Marek jest blondynem, młodszy Michał ma ciemne włosy. Gdy ktoś przyjrzy się uważnie ich twarzom, zauważy podobieństwo, ale z pewnością nie bliźniacze. Rysy Michała są bardziej wyraziste, rysy Marka delikatne. Mimo tych wszystkich trudności w rodzinie Tomaszków nigdy nie zabrakło wiary. Mieczysława przekazywała ją dzieciom głównie przykładem. Rodzeństwo do dziś ma w pamięci mamę, która drogę z Łękawicy do Sanktuarium Matki Bożej w Rychwałdzie uparcie pokonywała piechotą. Gdy ktoś proponował, że ją podwiezie, kategorycznie odmawiała. Twierdziła, że piesza droga do Rychwałdu jest dla niej modlitwą ofiarowaną w jakiejś intencji. Pielgrzymowała również z dziećmi między innymi do Kalwarii Zebrzydowskiej, a pielgrzymki te traktowała bardzo poważnie. „Na drogę braliśmy bardzo proste jedzenie – wspomina Marek w filmie Życia nie można zmarnować z 2015 roku w reżyserii Krzysztofa Tadeja. – Kołacz, woda i to wszystko. Bo nawet jakiś ogórek to już była rozpusta. Pielgrzymowaliśmy pieszo. Trzy dni chodziliśmy po dróżkach”. „Wieczorami klękaliśmy też razem do wspólnej modlitwy, rodzice i cała nasza czwórka” – mówi w tym samym dokumencie Urszula Raczek.
Marek i Michał byli ministrantami. Gdy chłopcy ukończyli szkołę podstawową, Michał kontynuował naukę we franciszkańskim niższym seminarium duchownym. Już tam rówieśnicy, później także franciszkanie, zauważali, że modlił się dłużej niż inni, a z rodzinnego domu przywiózł własną figurkę Maryi. Kiedy po maturze wstępował do zakonu, pisał w podaniu, że pragnie służyć Bogu i Niepokalanej. Myślał też poważnie o misjach. Kiedy jego przyjaciele z seminarium Zbyszek Strzałkowski i Jarek Wysoczański postanowili wyjechać do Peru, on zdecydował, że pojedzie z nimi. Marek, który był już mężem i ojcem, namawiał brata, by póki matka żyje, wstrzymał się z wyjazdem na misje. Tłumaczył, że kobieta przeszła w życiu przez tyle cierpień i trudów, że nie można jej dokładać następnych. A przecież wiadomo, że na misjach może się wydarzyć wszystko. Zresztą Michał, przygotowując się do nich, zdawał sobie świetnie sprawę z tego, że może nawet stracić życie. „Baliśmy się, jak mama to przyjmie” – wspominał później Marek. „A mamusia powiedziała tylko, że na początku drogi zakonnej oddała go Panu Bogu, więc i teraz zatrzymywać go nie może” – dodała Maria. Raz udało im się zrobić Mieczysławie wielką niespodziankę i zorganizować niedostępne w tamtym czasie telefoniczne połączenie z Pariacoto.
W sierpniu 1991 roku do domu Marii Kozieł przyjechali franciszkanie z Krakowa. Poprosili, by usiadła. Gdy to zrobiła, oznajmili, że Michał miał wypadek. Maria widziała wiele zdjęć z Pariacoto i okolic. Natychmiast pomyślała, że wypadek w Andach, gdzie są strome zbocza i przepaście, nie może skończyć się dobrze. Zapytała więc, w jakim stanie jest jej brat, i wtedy usłyszała, że nie żyje. Na wieść o śmierci Michała Urszula zemdlała. Ani ona, ani Maria i Marek nie wiedzieli, jak przekazać tę wiadomość matce. Ogromnie się o nią wtedy bali. Mieczysława tymczasem zaskoczyła ich spokojem (…). Kiedy poznali okoliczności śmierci Michała, znów bali się opowiedzieć o nich matce. Ciężar przekazania Mieczysławie szczegółów wzięła na siebie Maria. „Zapytałam, mamusiu, wiem, jak umarł Michał, powiem ci, ale dobrze to przyjmiesz? – wspominała później. – Mama powiedziała, że tak. No i powiedziałam jej, że brat został zamordowany, że strzelono mu z karabinu w tył głowy. Ona mnie wtedy ucałowała i powiedziała: «Dziękuję, żeś mi to powiedziała, bo przynajmniej wiem, że długo nie cierpiał». Dopiero po tym wszystkim popłynęły z jej oczu łzy”(…).
W 2000 roku Mieczysława pod opieką Marka poleciała do Peru. Była w Pariacoto i w miejscu, gdzie jej syn został zamordowany. Marek wspomina, że kiedy w kościele w Pariacoto stanęła przy sarkofagu z trumną Michała, odzyskała spokój. Długo zresztą modliła się przy jego grobie. Mieszkańcy Pariacoto przekazali wówczas Mieczysławie ziemię zroszoną krwią Michała, zebraną w miejscu jego męczeństwa. Ziemię tę przywieźli z Markiem do Łękawicy, na cmentarz. Teraz umieszczona w tablicy upamiętniającej Michała znajduje się na grobowcu franciszkanów w Rychwałdzie. Inna jej cząstka znalazła się także w Kurhanie Narodowej Pamięci na Matysce w Radziechowach. Marek nie oglądał zdjęć wykonanych zaraz po śmierci Michała ani z pogrzebu. „Śmierć brata boli i zawsze będzie bolała – mówił w trakcie wywiadu udzielanego w związku z beatyfikacją Męczenników z Pariacoto. – Jeżeli miałaby się przyczynić do nawrócenia choćby jednego człowieka, Bogu niech będą dzięki. Do tej pory rozmawiałem z nim i modliłem się za jego duszę, i za Zbyszka. Teraz modlę się o jego wstawiennictwo, żeby mi pomógł żyć i przyjąć to, co się ma wydarzyć”. A coś miało się wydarzyć.
Siedemnaście lat po wyjeździe do Pariacoto i dwa lata po beatyfikacji Michała – w czerwcu 2017 roku – Marek dostrzega w swoim moczu krew. W lipcu urolog kieruje go na badanie USG, a gdy poznaje wyniki, wystawia mu skierowanie do szpitala ważne na całym obszarze Polski. Bo Marek bezzwłocznie musiał zostać poddany dalszemu diagnozowaniu i leczeniu. „Dzięki Opatrzności Bożej i pomocy dobrych ludzi przyjęto mnie do Instytutu Marii Curie-Skłodowskiej w Krakowie” – pisze brat Michała w swym świadectwie wysłanym do Biura Promocji Kultu Męczenników z Pariacoto. Lekarze zlokalizowali w jego pęcherzu moczowym guza wielkości około 8 centymetrów. Wkrótce też padła pierwsza oficjalna diagnoza: nowotwór złośliwy pęcherza moczowego niewiadomego pochodzenia. Medycy naradzali się nad sposobem leczenia Marka. Ich pierwszym pomysłem było usunięcie całego pęcherza razem z guzem. Poinformowali Marka, że jest to zabieg związany z dużym ryzykiem i zapytali, czy zgadza się na taką opcję.
„Zgodziłem się na wszystko – pisze Marek. – Wierzyłem, że lekarze zrobią, co w ich mocy, by mi pomóc. Ufałem im. Po pierwszej operacji konsylium podjęło jednak decyzję, że nie będą usuwać pęcherza, a guz będzie usuwany stopniowo, część po części. W tej decyzji zobaczyłem palec Boży i wstawiennictwo mojego brata Michała wraz z ojcem Zbigniewem, których to prosiłem o pomoc” – twierdzi Marek Tomaszek.
„Po pięciu pobytach na bloku operacyjnym, szeregu badań i wlewów w ramach chemioterapii dowiedziałem się, że mój organizm jest wolny od zmian nowotworowych. To było w grudniu 2020 roku – dodaje brat błogosławionego. – Usłyszałem też od chirurga stwierdzenie, że to dziwne, że tak dobrze to wszystko poszło. Powiedział: «Chyba oboje wiemy, że otrzymał pan pomoc od kogoś szczególnego i Pan o tym wie!» – relacjonuje dalej Marek. – Spojrzałem wtedy panu doktorowi w oczy, uśmiechnąłem się i odpowiedziałem, że tak, że wiem. Opuszczając szpital, zostałem poinformowany o konieczności poddawania się kontrolnym badaniom okresowym co pół roku. Ponad pół roku później, w sierpniu 2021 roku, po raz szósty znalazłem się na bloku operacyjnym. Usunięto mi mały naciek, który okazał się niegroźny i nieinwazyjny. Mam świadomość, że to się może powtarzać w przyszłości, ale nie zmienia to faktu, że jestem pewien, że mój brat Michał przeprowadził mnie przez tę chorobę razem z ojcem Zbigniewem.
Michale – pisze Marek Tomaszek, kończąc swoje świadectwo – dziękuję za pomoc i wstawiennictwo za mną u Boga. Dawajcie mi ze Zbigniewem, proszę Was, coraz większą wiarę i pobożność, bym miał świadomość, że swoim postępowaniem wywołuję uśmiech na Waszych twarzach, a słowa «Pokój i Dobro» niech będą moim mottem. Brakuje mi Ciebie, Bracie”.
Świadectwo pochodzi z książki: Polewska A., RAZEM DAMY RADĘ. Cuda i łaski za wstawiennictwem Męczenników z Pariacoto, wyd. II popr., Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2025.
Więcej informacji o książce: RAZEM DAMY RADĘ. Cuda i łaski za wstawiennictwem Męczenników z Pariacoto







